Pod Pretekstem

Zauważyłem, z mocno opóźnionym refleksem, że na terenach Europy Środkowej zaistniał pewien trend medialny, który mocno wkroczył w sferę społeczną. Zjawisko to nazwałbym (dla celów roboczych) renesansem intelektualnego gbura. Niesłychana wręcz erupcja myśliwców (zwanych myślicielami) ostrzeliwuje ogłupiałe społeczeństwo z głośników radiowych, pikseli telewizyjnych oraz internetowych wzniosłymi suitami słownymi, które mają nas utwierdzić w jednym przekonaniu – jest naprawdę źle a my tego nie widzimy. Zdawać by się mogło, że autor każdy autor takich przemyśleń chce kandydować na wieszcza narodu, który za pomocą batuty medialnej zadyryguje rzeszą polskich umysłów pogrążając je w smutku i cierpieniu. Cóż…. Jeśli – jako istoty ludzkie – dążymy do szczęścia, to cierpienie wpisane w polski kod genetyczny sprawia nam niezmierną radość co najmniej  od czasów Mieszka.
Długie zimowe wieczory sprzyjają temu, żeby sięgnąć po lekturę odkładaną przez wcześniejszy brak czasu. W jednej z książek na temat filozofii dalekiego wschodu wyciągnąłem ogólny wniosek, że na drodze do oświecenia potrzebne jest zrozumienie tego, że wszystko co postrzegamy jest naszym urojeniem- wszystko nam się wydaje. Ucieszyło mnie to, bo jeśli weźmiemy pod uwagę tą teorię to z łatwością zauważymy, że my Polacy jesteśmy krajem oświeconym. Baaa!!!! Ja tam myślę (osobiście), że od dawna jesteśmy w stanie nirwany. Wszak widać to jak na dłoni. Nie będę tutaj poruszał aspektów politycznych czy też gospodarczych. Nie będę pisał też o „mnichach” stojących zimą na przystankach, w kolejkach do urzędu pracy, czy też tych medytujących z puszką piwa ze łzą w oku przed plazmowymi ołtarzami, wsłuchujących się w prawdy na temat wzrostu gospodarczego. Napiszę o muzyce.
Wydaje mi się (proszę zauważyć, że napisałem „wydaje”), że zewsząd słyszę medialne pomruki myśliwców nadmienionych powyżej o całkowitej katastrofie kulturalnej naszego kraju, o tym że ludzie nie słuchają dobrej muzyki i bardzo mocno prą na szmirę. Prowadierzy placówek kulturalnych idą z prądem- WYDAJE IM SIĘ- że nie warto zajmować się sprawami ambitnymi i przywierają do muzyki zaczynającej się od napuchniętego biustu przez nogi wydłużone w ps zmierzającej na pierwsze strony tabloidów. ” Myśliwce”  bębnią o katastrofie w mediach a szczury systemowe (zwane ostatnio flamingami), którym WYDAJE SIĘ, że szmiry nie znoszą, zaczynają wierzyć w mantrę… zaczynają konsumować szmirę  (właściwie to trudno o cokolwiek poza tym) nadawaną przez tych. którym SIĘ WYDAJE. WYDAJE MI SIĘ, że ktoś na tym zarabia. WYDAJE MI SIĘ również, że nie znoszę muzycznego szmelcu i właściwie nie znam nikogo kto ten szmelc lubi (a znam bardzo wielu ludzi). Na dodatek – sprawdziłem i popytałem – znajomi również powiedzieli, że IM SIĘ WYDAJE, iż nie znają nikogo kto wielbi się w dźwiękach (zwanych muzyką) wydawanych przez przebierańców (jakże często nazywanych artystami). Dziwne. Smutnym zjawiskiem jest to, że nawet właściciele pubów, restauracji, barów… wierząc w mantrę powtarzaną przez intelektualnych gburów i załamując ręce zaczynają przylegać do kulturalnego chłamu. Ale! Nie wszyscy!!! Tak naprawdę to o nich jest ten wpis. Pisząc o gburach, mnichach, autobusach i cholera wie czym jeszcze zmierzałem cały czas (krok po kroczku) do tego, żeby napisać coś pozytywnego, żeby napisać dwa słowa: Pod Pretekstem.
W Wałbrzychu zagraliśmy ostatni koncert pod nazwą Moon Eyes. Współpraca z ArtCafe „Pod Pretekstem” jest jak ładny sen. Uwierzcie – to jest naprawdę wspaniałe uczucie udzielać się dla takich ludzi w tak wspaniałym miejscu. Aż dziw bierze- na ulicach pusto i ciemno,  a w Pod Pretekstem wszystkie miejsca zajęte. Ta restauracja to nie tylko muzyka ale również i wystawy wysokich lotów zdjęć. Jeśli znajdzie się jakiś krzykacz wieszczący upadek kulturalny to w Art Cafe Pod Protekstem zamilknie on i zakryje się rumieńcami wstydu. To dobrze. Dziękujemy.
Ahaaaa…. nie wiemy jak inne żarcie, ale pierogów ze szpinakiem spróbowaliśmy i jak by co to można śmiało zamawiać.
WYDAJE MI SIĘ, że to tyle na dziś.

O tym dlaczego muzycy są zawsze wspaniali a akustycy nie.

Do napisania tych wypocin zainspirował mnie wywiad, którego- jako Moon Eyes- udzieliliśmy dla Radio Liryka.  Nie jest moim celem odnieść się do jakiegoś konkretnego eventu  lecz do rezonansu zachodzącego między muzykiem a akustykiem.
Zacznę od tego, że będąc jeszcze gówniarzem wsłuchiwałem się w płyty Pink Floyd i myślałem błędnie, że to co oni robią i to jak grają odnosi się tylko do tego jak grają. Było to mylne, ponieważ płyta „The Wall” jest majstersztykiem brzmieniowym. I co z tego… przecież Moon Eyes to nie Pink Floyd. Jak by nie było, to zaczynałem wtedy swoją przygodę z muzyką i od tego momentu zacząłem wyczulać się na brzmienie. Czytając wywiady z muzykami zwracałem szczególną uwagę na to, jak podchodzą do kwestii brzmienia. Zauważyłem, że wypracowanie własnego dźwięku to lata ciężkiej pracy. Zacząłem rozmawiać z akustykami, czytać wywiady z nimi. Wchodziłem na fora, na których zauważyłem konflikt między środowiskiem akustyków i muzyków. Aby takich konfliktów uniknąć z radością nawiązałem współpracę za akustykiem grając jeszcze w zespole Express Active w Dublinie. Zarówno od niego (dziękuję Tomek) jak i od muzyka grającego na instrumentach klawiszowych (dziękuje Damian) dowiedziałem bardzo dużo na temat brzmienia. Każdy koncert był eksperymentem, na którym staraliśmy się polepszać brzmienie oraz komfort grania na scenie. Rozmawialiśmy na temat dźwięku- muzycy oraz akustycy mówili o swoich problemach i zapotrzebowaniach w czasie koncertów. Był to czas, w którym przestawałem być ignorantem w stosunku do dźwięku. Po zakończeniu współpracy z Express Active postanowiłem wzbogacić swoją wiedzę teoretyczna. Przeczytałem kilka książek związanych z ustawianiem dźwięku i z akustyką. W miarę możliwości wczytywałem się w artykuły. Dowiedziałem się, że akustycy operują częstotliwościami. Na temat częstotliwości poszerzyłem wiadomości grając w Moon Eyes. Nauczyłem się, które zakresy są odpowiedzialnie za dźwięk głosu, za dudnienie, za prezencje. Mało tego!!! Wprowadziliśmy mikser na scenie i Aga również zaczęła pojmować tajniki dźwięku. Aga zwraca uwagę na to co jak brzmi- proszę zwrócić uwagę- w czasie koncertu to ona dobiera rewerby, zmiękcza dźwięk, podgłaśnia, ścisza, dodaje dołu albo góry. Aga bardzo się denerwuje jak coś źle jest podłączone i słyszy kiedy coś jest nie tak. Po czyimś występie mówi, że nie potrafi ocenić czy ktoś źle zaśpiewał, czy też źle został ustawiony, ponieważ Aga zdaje sobie sprawę z tego, że akustyk może wręcz zmanipulować występ. Na przykład wystarczy, że ściszy odsłuch i wokalista będzie śpiewał zbyt głośno męcząc się podczas występu, albo nie zmiękczy reverbem gitary i słuchacz…. no właśnie… Słuchacz będzie miał wrażenie, że ktoś nie za dobrze gra. Akustyk może nie usunąć dudnień i będą one wprowadzały zamęt do wykonywanej muzyki. O tych sprawach można pisać naprawdę grube książki i są tacy, które te książki piszą, i są akustycy które te książki czytają. Są też tacy, którzy najpierw zaczęli być nazywani akustykami, ale w sumie to nie wiadomo czy będą kiedyś nimi naprawdę. Najgorsze jest to, że czasami popełniają oni tak karygodne błędy, że jakikolwiek dialog z nimi nie ma sensu. Pod pewnym względem akustyk znajduje się w bezpiecznym położeniu, bo przecież odbiorca muzyki nie ma o niczym pojęcia i tak naprawdę zawsze będzie myślał o błędnej grze muzyka. Akustykowi natomiast zawsze jakoś się uda i będzie  tłumaczył swój brak wiedzy stosunkowo niską opłacalnością w czasie jakiegoś eventu. Cóż… Zespołowi Moon Eyes zdarzały się darmowe występy i bez względu na to duet dużą wagę przywiązywał i nadal będzie do brzmienia.
Przeczytałem ostatnio o tym, że poziom jakiegoś festiwalu obniżył się ze względu na niskie nagrody. Cóż… Moim zdaniem poziom jakiegoś festiwalu jest często bardzo niski ze względu na ignorancję w stosunku do dźwięku. Często w głośnikach słychać taki bałagan, że trudno zachować spokój przy rozmowach na temat niedostatku odbiorców takiej a nie innej muzyki, bo przecież niektórych rzeczy nie da się słuchać, i nie jest tu winny wykonawca. Ba…duet był świadkiem bardzo wysokiego poziomu festiwalu pod względem dźwiękowym, chociaż nagrody były bardzo małowartościowe. Bardzo bym chciał, żeby organizatorzy eventow wzięli sobie to do serca zanim zaczną tworzyć obraz ciemnego artysty fruwającego w obłokach. Moon Eyes jest bardzo daleki do takiego modelu. Moon Eyes  rozumie całkowicie rolę akustyka i zdaje sobie sprawe z tego, że zajmowianie się dźwiękiem to bardzo trudna praca wymagająca potężnej wiedzy, której zdobycie wymaga pasji i zaangażowania. Przyjemną sprawą jest po udanym koncercie uściśnięcie ręki akustykowi i podziękowanie mu za to, że również dzięki niemu zespół mógł wybrać się wraz z publicznością we wspanialską muzyczną podróż. Chcemy zwrócić uwagę organizatorów imprez na to, jak ważny jest dźwięk, zwrócić uwagę AKUSTYKÓW (nie akustyków),  że jako duet Moon Eyes chętnie nawiążemy z nimi dialog, żeby ułatwić pracę i sobie, i im przed każdym występem, bo przecież nawet jeśli nie opłaca się grać jakiegoś występu to zawsze lepiej opłaca się go zagrać lepiej niż gorzej. Wreszcie chcemy podziękować wszystkim Akustykom za ich bardzo trudna prace i pozdrowic ich najmocniej i calkowicie pozytywnie.

Poema Cafe

Słuchacze często mogą sobie nie zdawać sprawy z tego, co w czasie występu jest istotne dla Moon Eyes. Nie będę tutaj rozpisywał się na temat ćwiczeń i ich intensywności,  które mają oczywiście pozytywny wpływ na całą jego formę.

Koncert jest niesamowitym przeżyciem a całe otoczenie, z którym scalają się wydobywane dźwięki formuje kształt koncertu. Słuchacz jest również twórcą koncertu. Słuchacz może odbierać muzykę wtrącając dźwięki rozmów z przyjaciółmi a muzyk może próbować się przez to przebić. Różnie bywa. W Poema Cafe w Poznaniu koncertowaliśmy po raz drugi drugi i zauważyliśmy, że magia tego miejsca polega na tym, że można ze słuchaczem wejść w rezonans ciszy. Oczywiście można popaść w myśli filozoficzne i powiedzieć, że długość dwóch dźwięków nie jest zależna od długości tych dźwięków lecz od czasu trwania ciszy miedzy nimi. Jednym z fenomenów Poema Cafe jest to, że cisza ta nie jest zakłócona przez prychnięcia, pokrzykiwania, itp. Cisza jest przeżyciem ponadprzeciętnym, oddychaniem i radością bycia razem z ludźmi sobie na co dzień obcymi; jest również muzyką, która wychodzi poza słowa i dźwięki zawierając w sobie nieokreślone zjawiska.  Ciszę tą zabraliśmy ze sobą. Być może to ta cisza powoduje w nas teraz uśmiech. Cóż…. piszemy szeptem…

Dziękujemy wspaniałej Publiczności, Teresie oraz Agacie. Dziękujemy za ciszę Poemy Cafe i za wszystko za co chcemy podziękować ale nie jesteśmy w stanie tego określić słowami.

Yyyyyy…. dawno…

Aside

Yyyyyy…. dawno nas nie bylo. Kolejny post z cyklu „co robiliśmy kiedy nic nie robiliśmy”.

W Western City w Karpaczu być może pomyśleli, że jesteśmy bliżsi ze swoją muzyką stylowi „apache jazz” (czyli odmianie jazzu indianskiego) i nie wpisujemy się w „jazz country latino”. Może następnym razem spotkamy się tam przy zapalonych pochodniach, nad stawami przy indiańskiej wiosce. No cóż… surrealistyczne zestawienie Śnieżki z cowboyami, napadami na banki  i czymś tam jeszcze podpowiada, że świat zwariował a to bardzo nam się podoba.

Tydzień potem wszyscy z przerażeniem oczekiwali momentu naszego wyjścia na scenę w czasie obchodów Dni Mysłakowic. Świat wstrzymał oddech. Weszliśmy zupełnie normalnie i bez dyskietki. Podobało się, z czego bardzo się cieszymy tym bardziej, że nie zeszliśmy w kotlecisty tłuszczyk powodujący otyłości publiczności. Podziękówka dla Pana Grzegorza Truchanowicza.

W Mysłakowicach udzieliliśmy się również na evencie „DAWCY SZPIKU DLA SŁAWKA NYGBURA” zorganizowanym przez zespół Heaven Poland Music, którego celem było zapoznanie społeczeństwa z problemami osób chorych na białaczkę i formą pomocy medycznej dla ludzi walczących z tą chorobą. Występ był krótki, ale bardzo istotny z tego tylko względu że prowadierem Heaven jest Waldek, u którego bywał Bartuś,  kiedy był jeszcze bardziej bartusiowaty niż dziś. Waldek miał u siebie organki (niektórzy mogą nie wiedzieć jak wyglądały kiedyś organki i trudno; całkiem prawdopodobne, że były to Elwirki). Trzeba tu wspomnieć że Bartuś bardzo dobrze pamięta jak to dzięki dobrotliwości Waldka mógł sobie pograć na organkach. Co jeszcze…. kiedy Bartuś z gitarą łaził, ale jeszcze za bardzo nie wiedział co się z nią robi, bywał u Waldka i miał okazję zobaczyć jak za pomocą gitary robi się rock’n’rolla. Pomimo stylistycznej oraz czasowej odległości były to momenty nabierające teraz znaczeń sentymentalnych. Waldek! Anetka! trzymajcie się pozytywnie i ślijcie swoją pozytywną energię gdzie się tylko da ;)